Drodzy czytelnicy, wakacje niestety dobiegły już końca, a ja rozpoczęłam mój ostatni rok nauki w liceum – klasę maturalną. Jednak, żeby jeszcze przez chwilę móc powspominać ciepłe i beztroskie dni wakacji, to jakiś czas temu rozpoczęłam pisanie posta o moim wyjeździe do Izraela na święta 2019. To właśnie w poprzednim wpisie możecie przeczytać o kilku moich pierwszych dniach wyjazdu spędzonych w Ejlacie. Już niedługo w tym samym poście znajdzie się też dużo więcej opisów moich przygód z Izraela. Dziś natomiast, chciałabym Wam opowiedzieć o moim pierwszym, samodzielnym wyjeździe za granicę. W sierpniu tego roku, wyjechałam wraz z moim chłopakiem na tydzień do włoskiego Bari.
Zanim przejdę do najważniejszej części wpisu, chciałabym jeszcze opowiedzieć Wam skąd w ogóle pomysł na ten konkretny wyjazd. Historia ta jest zarazem smutna jak i posiada szczęśliwe zakończenie. Wszystko zaczęło się od tego, że miałam wyjechać z moim tatą na tydzień żeglugi wzdłuż francuskiego wybrzeża i Korsyki. Byłam bardzo podekscytowana perspektywą przepięknych plaż i turkusowej wody w Morzu Śródziemnym. Już miesiąc wcześniej kupiliśmy bilety lotnicze do Francji, zrobiłam listę rzeczy do spakowania i kupiłam niezbędne do żeglugi morskiej ubrania. Niestety dwa dni przed wylotem zachorowałam na zapalenie oskrzeli i internista odradził mi wyjazdu na jacht zwłaszcza, że miało być bardzo gorąco, a słońce palić niemiłosiernie. Tak właśnie skończyłam leżąc w domu na antybiotykach i codziennie otrzymując przepiękne zdjęcia z jachtu od mojego taty. Oczywiście było mi bardzo przykro, a cały ten tydzień byłam osłabiona i pogrążona w smutku. Od rana do wieczora oglądałam filmiki o najładniejszych plażach Europy i oferty tanich lotów za granicę. W ten sposób zrodził się pomysł na sierpniowy wyjazd. Korfu, Kreta, Bari, Sardynia i Faro zostały poddane przeze mnie i mojego chłopaka głębszej analizie, ze względu na niskie ceny biletów. Zależało nam przede wszystkim na tym, aby: wyjazd nie kosztował dużo, znaleźć na AirBnB fajny apartament ,w okolicy były ładne plaże (porównywalne z tymi francuskimi), miasto było dobrze skomunikowane i żeby bez konieczności posiadania samochodu móc łatwo dojeżdżać do okolicznych atrakcji. Ze względu na te właśnie kryteria, zdecydowaliśmy się na tygodniowy wyjazd do Bari – stolicy włoskiego regionu Apulii.
W Bari wylądowaliśmy w środę 4 sierpnia o godzinie 13. Lotnisko Karola Wojtyły jest bardzo małe, więc już po kilku minutach od wylądowania udało nam się trafić na stację kolejową. Mimo że szliśmy krótko to 38 stopni upału i tak bardzo nas rozgrzało. Bez większych problemów zakupiłam we włoskim biletomacie dwa bilety na pociąg do Bari Centrale. Ze względu na dużą kolejkę, na peron dotarliśmy niestety minutę po odjeździe naszego pociągu. Następny miał być dopiero za godzinę. Kiedy w końcu zjawił się nasz pojazd szynowy, zajęliśmy sobie jak najlepsze miejsca, by przez następne 13 minut drogi móc podziwiać krajobraz śródziemnomorski bogaty w makię, drzewa oliwne i widok na turkusowe morze. Nasz apartament mieścił się praktycznie przy samym dworcu, ale idąc do niego z wielkimi bagażami bardzo się zmęczyliśmy. Na szczęście chłód na klatce schodowej i lodowaty prysznic postawiły nas na nogi, więc kiedy skończyliśmy się rozpakowywać od razu udaliśmy się na miasto w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Ponieważ był to czas popołudniowej sjesty i wszystko było zamknięte to zdecydowaliśmy, że najpierw przejdziemy się na spacer do Porto Vecchio i na stare miasto. Pierwsze co rzuciło nam się w oczy, to duża ilość całodobowych automatów z lekami, kosmetykami, prezerwatywami, napojami, przekąskami, a nawet z papierosami i alkoholem. Napotkaliśmy też miejski dystrybutor do napełniania butelek zimną wodą mineralną lub gazowaną. Automaty wyglądały na stosunkowo stare co oznacza, że we Włoszech już od dłuższego czasu używane są dowody osobiste z elektronicznym chipem.
Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że Bari Vecchia jest naprawdę małe i już pierwszego dnia udało nam się zwiedzić wszystkie najważniejsze miejsca takie jak Bazylika Św. Mikołaja, Teatr Margherita i kilka najbardziej znanych, turystycznych placów. Ulice były opustoszałe, a wszystkie lokale pozamykane, dlatego spacer był bardzo przyjemny, a zdjęcia architektury wyszły dużo fajniejsze bez tłumu ludzi w kadrze. Przeszliśmy się również po słynnej Strada del’Orecchiette, czyli ulicy gdzie starsze panie siedzą całymi dniami przed swoimi domami i zwijają świeży, regionalny makaron o nazwie orecchiette. Od tego widoku zrobiliśmy się na tyle głodni, że ruszyliśmy na poszukiwania jakiejkolwiek otwartej restauracji.
Po jakimś czasie natknęliśmy się na mały barek, z którego wydobywał się cudowny zapach włoskiej pizzy i makaronu. Na zewnątrz wisiała duża tablica ze zdjęciami wszystkich potraw i ich cenami, a przy stolikach siedzieli włoscy dziadkowie pijący kawę i palący papierosa za papierosem. Od razu wiedzieliśmy, że to właśnie w tym miejscu zjemy nasz pierwszy posiłek w Bari. Usiedliśmy na dworze, gdzie obsługiwało nas bardzo miłe, starsze małżeństwo – właściciele restauracji. W barze Federico zjedliśmy przepyszny, dwudaniowy lunch z dwoma kieliszkami domowego, białego wina, a za wszystko zapłaciliśmy jedynie 15 euro. Po obiedzie udaliśmy się na lody do polecanej na Trip Advisorze lodziarni Sandrino. Wybrałam lody o smaku słonego karmelu, melona i lukrecji. Wszystkie były bardzo dobre i bardzo szybko topiły się w panującym upale. Dodam jeszcze, że przez cały wyjazd spróbowaliśmy lodów w wielu lodziarniach Apulii , a wszystkie spróbowane przez nas smaki były za każdym razem pyszne i cudownie naturalne. Wydaję mi się, że we Włoszech nie da się zjeść nie dobrych lodów.
Najedzeni, spoceni i zmęczeni upałem udaliśmy się jeszcze na miejską plażę Pane e Pomodoro, gdzie kąpiąc się w morzu i opalając doczekaliśmy się pięknego zachodu słońca. Nie muszę chyba mówić, że w Bari plażowanie kończy się bardzo późno w nocy, a słońce grzeje nawet do godziny 20. Jest to niesamowity kontrast dla polskich plaż, skąd plażowicze zmywają się już około 16. Z Pane e Pomodoro mieliśmy zaledwie 15 minut pieszo do naszego apartamentu, więc kiedy wyszliśmy z pod prysznica, przebraliśmy się i ponownie wyszliśmy na miasto było jeszcze w miarę wcześnie. Idąc główną promenadą nie mogliśmy uwierzyć naszym oczom. Bari ożyło. Mimo że zbliżała się noc, to główna ulica była cała zakorkowana i nagle zaczęły jeździć autobusy. Tysiące ludzi wyszło na miasto w eleganckich ubraniach w poszukiwaniu miejsca w zatłoczonych restauracjach i barach. Kiedy wszystko się otworzyło, okazało się że w starej części Bari jest dosłownie restauracja na restauracji, a że wszystkie są wiecznie przepełnione to ludzie spotykają się także na ulicy przed swoimi domami. Często też siadają całymi rodzinami nad wodą, na miejskich ławkach i własnych, przenośnych krzesełkach pijąc domowe wino. W menu restauracji, w której wcześniej zarezerwowałam stolik na włoskie nazwisko mojej mamy, nie znalazłam nic na co miałam ochotę, ale na szczęście udało nam się znaleźć wolny stolik w lokalu na przeciwko. Zamówiliśmy dla nas dwoje miskę muli, pieczoną ośmiornicę, karafkę domowego, białego wina, dwa mojito, i oczywiście świeży makaron orecchiette z kawałkiem koniny w sosie własnym. Wspaniale było siedzieć przy stoliku, rozmawiać ze sobą i próbować regionalną kuchnię włoską do około godziny 1, bo dopiero wtedy zamykają się restauracje w Bari. W drodze do domu natknęliśmy się na modny drink bar w postaci dwóch okienek – jednego służącego do zamawiania i drugiego do odebrania swojego zamówienia. Miejsce to miało super atmosferę, więc skusiliśmy się na jeszcze jedno mojito. Wewnątrz lokalu nie było przestrzeni dla klientów, więc co noc, cała ulica przed barem zamieniała się w wielki klub, liczący nawet kilkadziesiąt osób siadających na krawężniku czy opierających się o samochody. Pierwszy dzień w Bari był wyjątkowo udany. Znaleźliśmy czas na zwiedzenie wszystkich najważniejszych punktów turystycznych, kąpiel w morzu i cudowny wieczór. Przez cały ten dzień – i z resztą cały wyjazd – udało mi się nie użyć ani razu języka angielskiego. Nawet jak moja gramatyka była trochę pogmatwana, to przecież nie mogę być Włoszką nie znającą swojego drugiego języka!
Jeszcze o tym nie wspominałam, ale przed wyjazdem przygotowaliśmy sobie dokładny plan na to, jak wykorzystamy nasz tydzień w Italii. Drugi dzień – podobnie jak pierwszy – przeznaczony był jedynie na relaks i poznawanie Bari. Był to bardzo dobry pomysł, ponieważ musieliśmy zebrać siły na resztę dni, na które mieliśmy zaplanowane liczne wycieczki po za miasto. Jak tylko się obudziliśmy, od razu się zebraliśmy i wyszliśmy na spacer do Bari Vecchia. Na śniadanie zjedliśmy lody w lodziarni Gentile i wypiliśmy kawową granitę – czyli po prostu podwójne espresso zmiksowane z lodem. Wcześnie rano temperatura wynosiła 38 stopni, dlatego około godziny 12 było już tak gorąco, że po zjedzeniu udaliśmy się prosto na plażę. Przez resztę dnia kąpaliśmy się w ciepłej, przejrzystej wodzie i opalaliśmy się pijąc przepyszne wino z kartonu. Wracając do apartamentu, zrobiliśmy małe zakupy na śniadanie następnego dnia..
Gorąco promienie słońca obudziły nas w samą porę, żeby spakować plecak, zjeść kawowy jogurt, włoskie ciasteczka i wędliny. Pociąg do Monopoli odjeżdżał o godzinie 10. Na dworcu byliśmy 20 minut przed odjazdem, ale to i tak okazało się być za późno, ponieważ do biletomatów były ogromne kolejki. Mało brakowało, a musielibyśmy czekać na dworcu przez kolejne dwie godziny na następny pociąg. Na szczęście przemiły ochroniarz dworca, po krótkiej rozmowie ze mną załatwił nam u maszynisty przejazd bez biletów, pod warunkiem, że kupimy je od razu kiedy wysiądziemy w Monopoli. Podróż klimatyzowanym pociągiem była bardzo przyjemna, a dzięki tej przygodzie nauczyliśmy się kupować bilety na pociąg dzień wcześniej.
Naszym pierwszym celem w Monopoli była plaża o nazwie Cala Monaci. Dotarliśmy na nią w samo południe. Plaże piaszczyste w Apulii są bardzo małe, ale na szczęście udało nam się znaleźć na niej jakieś miejsce. Dno było kamieniste, a fale ogromne. Do wody można było wejść tylko w jednym miejscu, gdzie było już około dziesięciu osób. Wszyscy świetnie się bawili, unikając zalewających ich fal. Po godzinie plażowania zrobiło się na tyle gorąco, że wszyscy zaczęli schodzić z plaży. Nam również było gorąco i zrobiliśmy się trochę głodni, dlatego dopiliśmy naszego Aperola i ruszyliśmy w stronę miasta.
Szliśmy przez zacienione uliczki do Primo Pasta Bar – podobno najlepszego pasta baru w Monopoli. Niestety kiedy doszliśmy na miejsce okazało się, że lokal jest zamknięty z powodu urlopu właścicieli. Byliśmy bardzo rozczarowani, a ponieważ w okolicy była tylko jedna otwarta restauracja, to właśnie w niej zjedliśmy na lunch pizzę calabrese – odpowiednik polskiej pepperoni. Po obiedzie przeszliśmy się w stronę portu, w poszukiwaniu fajnej plaży.
Niestety wszystkie plaże jakie mijaliśmy były zatłoczone lub należały do beach barów, co oznaczało konieczność zapłacenia 35 euro za wynajem leżaka. Nie chcieliśmy się poddać, dlatego wytrwale szliśmy wzdłuż wybrzeża Monopoli w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na relaks. W końcu, po godzinnym spacerze w upale, gdzieś na obrzeżach miasta wypatrzyliśmy malowniczą ścieżkę prowadzącą nad wodę. Nie mogliśmy nie sprawdzić co znajdowało się na drugim końcu.
Długie poszukiwania okazały się dla nas niezwykle owocne. Znaleźliśmy się w przepięknym miejscu na klifie, gdzie nie było praktycznie nikogo. Widok był cudowny, a oprócz małej piaszczystej plaży, była też możliwość rozłożenia się wysoko na skałach, gdzie powiewał przyjemny, chłodny wiatr. Wiele plażowiczów miało też na tyle dużo odwagi, by właśnie z tego klifu skakać do wody. Oprócz pięknych widoków i braku tłumów, miejsce to miało jeszcze jedną atrakcję. Będąc w wodzie tuż obok plaży, można było wpłynąć do niesamowitej groty, w której roiło się od dzikich krabów. Tak pięknego miejsca i tak przejrzystej wody nie widziałam jeszcze nigdzie na świecie. Niestety około godziny 17 ruszyliśmy z powrotem w stronę portu, ponieważ niedługo mieliśmy pociąg powrotny, a wcześniej chcieliśmy jeszcze coś zjeść. Po drodze do Frish&Chips – słynnego okienka z rybnymi przekąskami – kupiliśmy w jednym z beach barów przepyszną arbuzową granitę. Kawałki ryb, krewetek i ośmiornicy smażone w głębokim oleju były dla nas idealną przekąską po całym dniu na plaży, ale ponieważ w dalszym ciągu byliśmy głodni, to usiłowaliśmy znaleźć jeszcze jakąś restaurację w pobliżu dworca. Niestety większość dobrych lokali w Monopoli była pozamykana dlatego zdecydowaliśmy, że tamtego dnia kolację również zjemy w Bari. Ponieważ przez poszukiwania spóźniliśmy się na pociąg, to do naszego apartamentu dotarliśmy dopiero po 22.
Standardowo szybko się ogarnęliśmy i zmęczeni ruszyliśmy szukać jakiejś dobrej restauracji. Dość długo krążyliśmy po starym mieście nie mogąc znaleźć żadnego wolnego stolika. Kiedy straciliśmy już nadzieję, stał się cud. W końcu trafiliśmy na świetnie wyglądającą, praktycznie pustą restaurację. Ponieważ weszliśmy do Bari Vecchia od innej strony niż zwykle, to dopiero po dłuższej chwili zorientowaliśmy się, że jest to nasz ulubiony Federico Bar z pierwszego dnia, który po raz kolejny, zupełnie przypadkiem uratował nam życie! Już na wstępie dostaliśmy od znajomej nam pani popielniczkę i miałam też kolejną okazję by poćwiczyć mój język włoski. Byliśmy tak szczęśliwi, że zamówiliśmy sobie cztery różne dania i dwa Aperole. Gnocchi z pomidorami, Tagliatelle z Bolognese, Carbonarę i Risotto. Wszystko było przepyszne. Ponieważ opłata serwisowa w tej restauracji wynosiła jedynie 50 centów od osoby (nie 2 euro jak we wszystkich innych lokalach), to udało nam się zjeść cudowną kolację za jedyne 30 euro! Tego dnia przeszliśmy łącznie 30 km pieszo w 38 stopniach upału, dlatego po tak dużej kolacji, w dalszym ciągu byliśmy trochę głodni. Wracając do apartamentu, nabraliśmy olbrzymią ochotę na wszędzie reklamowane, włoskie przekąski z McDonald’s tzn. makaroniki, kawałek parmezanu i panierowane kąski z mozzarelli. Zanim weszliśmy do restauracji, zaskoczyły nas obowiązujące od tamtego dnia we Włoszech przepisy pozwalające na wstęp do wszystkich restauracji jedynie po okazaniu paszportu covidowego. W środku czekała na nas kolejna niespodzianka. Niestety zamiast zamówionych przeze mnie włoskich specjałów, otrzymałam 6 McNuggetsów. Kiedy poprosiłam obsługę o wydanie mi moich makaroników i panierowanych mozzarelli, ci na moich oczach wyrzucili nuggetsy do kosza, mimo że zaoferowałam ich zatrzymanie. Bardzo dotknęło mnie takie marnowanie jedzenia, a ponieważ moje zamówienie okazało się być nie świeże, postanowiłam jednak zapłacić cenę czterech euro za nową porcję nuggetsów. Niestety one również okazały się być stare i gumowe. Poprosiłam więc po raz kolejny o wymienienie mojego zamówienia, przyglądając się ze smutkiem jak pracownicy wyrzucają do kosza świeżo zrobione frytki. Szczerze mówiąc, rzadko decyduję się na jedzenie w restauracji McDonald’s, a po tej przykrej sytuacji już na pewno przez długi czas będę trzymała się od niej z daleka.
Z samego rana wsiedliśmy w pociąg dalekobieżny do Matery. Podróż trwała nie całe dwie godziny. Dworzec w Materze jest bardzo nowoczesny. Nie ma na nim jednak żadnych sklepów czy kawiarni, przez co ogromny, modernistyczny budynek sprawia wrażenie opuszczonego. Z dworca do szarej dzielnicy Sassi – głównej atrakcji miasta – idzie się zaledwie 10 minut i można podziwiać ją już po drodze, wchodząc na liczne tarasy widokowe ukryte pomiędzy budynkami. Sassi to historyczna część Matery wykuta w skale. Jak można przeczytać w wielu przewodnikach, jeszcze w XX wieku ta dzielnica miasta była skupiskiem slumsów, natomiast od niedawna jest ona jedną z większych atrakcji Apulii. Szare domy wśród skał zbudowane na skraju przepaści zrobiły na mnie duże wrażenie. Spacerując – niestety wśród wielu restauracji i punktów turystycznych – można podziwiać widok na skaliste wzgórza lub przespacerować się w dolinie wzdłuż rzeki. Matera jest idealnym miejscem na kilku godzinny spacer, jednak koło południa kiedy robi się naprawdę gorąco rozpoczynają się wszystkie oprowadzane wycieczki i w wąskich uliczkach zaczyna się robić trochę zbyt tłoczno. W samym mieście byliśmy około 3h, a w tym czasie udało nam się zrobić cudowny spacer i wypić domową granitę z arbuza. Długo szukaliśmy też czegoś do zjedzenia, niestety wszystkie restauracje były zatłoczone i nastawione na turystów. W końcu znaleźliśmy mały, ekologiczny Pasta Bar, jednak nie był on taki dobry jak myśleliśmy. Na koniec jako ciekawostkę, dodam że widoki i krajobraz Matery możecie zobaczyć również w najnowszym filmie James Bond 007 – “No time to die”.
Popołudnie spędziliśmy na plaży, a wieczorem mieliśmy okazję zjeść kolację w jednej z fajniejszych restauracji w Bari – La Cantina Dello Zio. Na wolny stolik czekaliśmy około pół godziny. Kiedy już udało nam się usiąść, sam proces zamawiania nie potrwał długo. Na początek wzięliśmy dwa Aperole i antipasti z regionalnymi serami i wędlinami. Wiele dań w karcie przykuło naszą uwagę, ale finalnie zamówiliśmy dla nas dwoje risotto ze szparagami, tagliatelle z sosem bolognese i parmigianę. Napoje i przystawki podano nam niemal od razu. Oprócz zamówionej przez nas tacki z antipasti, dostaliśmy również miskę przepysznych, ręcznie robionych, malutkich grzanek z przyprawami. Były one idealną przekąską do drinków. Siedząc w jednej z krętych uliczek Bari Vecchia, obserwowaliśmy nocne życie włoskiego miasta i rozmawialiśmy na przeróżne tematy. W międzyczasie nie tylko nawiązałam w języku włoskim konwersację z właścicielem restauracji, ale i miałam okazję pośmiać się z siedzącymi obok nas francuzami, których zapewne zaskoczyło to, że w przeciągu pół godziny dogadywałam się z ludźmi w czterech różnych językach. Zanim przyniesiono nam dania główne, miała miejsce jeszcze jedna ciekawa sytuacja, mianowicie walka o wolny stolik. Jak już mówiłam wcześniej, przed restauracją była kolejka osób, które po kolei wywoływano do wolnego stolika. Wśród osób oczekujących, znalazła się jednak jedna para, której nie spodobała się perspektywa długiego oczekiwania na miejsce w restauracji i postanowiła jak najszybciej zająć dopiero co zwalniający się stolik. Oczywiście nie uszło im to na sucho, bo nie tylko zdenerwowała się na nich cała kolejka, ale i zostali poproszeni przez kelnerkę o zwolnienie stolika i poczekanie na swoją kolej. Wyproszona z restauracji Włoszka nie chciała dać za wygraną, dlatego nie minęła chwila, a zostaliśmy świadkami jej głośnej kłótni z kelnerką. Kobiety rzucały się sobie do gardeł, do momentu w którym niezadowolona klientka nie została odciągnięta od kelnerki przez swojego partnera i zapłakana oddaliła się wraz z nim od restauracji. Jeszcze długo po tym jak para odeszła, w restauracji było słychać śmiechy i komentarze dotyczące tej sytuacji. Otrzymane przez nas potrawy były przepyszne, Najlepszym trafem okazała się być parmigiana, czyli zapiekane w sosie pomidorowym bakłażany. Po zjedzeniu trzech dań byliśmy tak pełni, że niestety nie zmieściliśmy już żadnego deseru.
W niedziele mogliśmy spać trochę dłużej, ponieważ miejscowość Polignano a Mare znajduje się jedynie 20 minut drogi pociągiem z Bari Centrale. Naszym głównym celem wycieczki było zobaczenie słynnej plaży pomiędzy skałami. Miejscowość ta była wyjątkowo zatłoczona, jednak widoki z ciągnącej się na klifie promenady były przepiękne. Mimo tłumów, udało nam się znaleźć jedne z ładniejszych i mniej turystycznych uliczek, którymi dotarliśmy aż do samej plaży.
Dojście do wody nie było łatwe, bo plaża była kamienista i było na niej pełno ludzi, którzy jeden na drugim wraz z całymi rodzinami siedzieli pod parasolami. Kiedy jakoś udało mi się zbliżyć do brzegu, zrobiłam parę zdjęć, a następnie rzuciłam się prosto w fale. Pływanie wśród ogromnych kamieni i silnie uderzających o dno fal nie było łatwe, dlatego kiedy już wystarczająco ochłodziłam rozgrzane na słońcu ciało, ruszyłam z powrotem na brzeg do mojego chłopaka. Ponieważ zobaczyliśmy już tak naprawdę całe miasto, a plaża nie nadawała się do odpoczynku jeżeli nie miało się ze sobą leżaków, to zdecydowaliśmy, że dwie godziny w Polignano a Mare nam w zupełności wystarczą.
Zmęczeni i szczęśliwi wróciliśmy do Bari około południa z zamysłem spędzenia reszty dnia na plaży Pane e Pomodoro, aby wreszcie się poopalać. Wcześniej jednak, mieliśmy zamiar rozpakować część rzeczy i wziąć szybki prysznic. Niestety nasze plany trochę się skomplikowały.
Po tym jak odłożyliśmy plecaki i wzięliśmy kosmetyki, ruszyliśmy prosto pod prysznic. Kiedy byliśmy już ogarnięci i chcieliśmy wrócić do pokoju, czekała tam na nas przykra niespodzianka. Okazało się, że drzwi się zatrzasnęły, a w środku został klucz. Po nieudanych próbach dostania się do środka, postanowiliśmy skontaktować się z właścicielami apartamentu. Ponieważ była niedziela, to przez ponad pół godziny nie byliśmy w stanie nawiązać z nimi żadnego kontaktu. W końcu odpisali nam na wiadomość wysłaną przez portal AirBnB, jednak zanim zdecydowali się zadzwonić po znajomego ślusarza, minęło kolejne pół godziny.
Po długim czasie spędzonym na korytarzu mając tylko jeden telefon, wreszcie pojawił się ślusarz. Był to starszy pan, który mówił tylko po włosku. Samo opisanie problemu było dla nas nie lada wyzwaniem. Pomimo mojej podstawowej znajomości języka, funkcja tłumaczenia konwersacji w Google Translate okazała się niezbędna. Im dłużej ślusarz dłubał przy drzwiach, co chwilę zwracając się do nas z pytaniem jak drzwi mogły się zatrzasnąć i czy na pewno nie mamy klucza, tym mniejszą mieliśmy nadzieję na spędzenie miłego popołudnia nad wodą. Po czasochłonnej analizie sytuacji, ślusarz postanowił zadzwonić po pomoc do swojego kolegi przez face time. Wspólnymi siłami udało im się rozmontować klamkę i dwa zawiasy. Odetchnęliśmy z ulgą, wzięliśmy plecaki i ruszyliśmy na plażę. Dochodziła już godzina 17, ale jakoś udało nam się załapać na resztki słońca i przyjemną kąpiel w morzu. Myśląc, że to już koniec przygód na ten dzień, musieliśmy jeszcze odpowiedzieć właścicielowi apartamentu na wiadomości sugerujące, że to my zniszczyliśmy zamek i musimy pokryć wszystkie koszty związane z jego naprawą. Bardzo nas to zdziwiło, ponieważ nie tylko straciliśmy pół dnia, ale i najedliśmy się stresu. Na szczęście jak zwykle pyszna kolacja w naszym ulubionym barze sprawiła, że finalnie nasz wieczór był udany.
Odjazd autobusu do Alberobello był o godzinie 10. Ponieważ poprzedniego wieczoru zorientowaliśmy się gdzie jest przystanek, to rano bez problemu udało nam się go znaleźć i zająć najlepsze miejsca w autobusie. Dzień wcześniej spacerowaliśmy do późna po mieście, dlatego rano byliśmy trochę niewyspani. Na szczęście do Alberobello jechało się około półtorej godziny, które mogliśmy przeznaczyć na regenerację sił. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, pierwsze co zamierzaliśmy zrobić, to kupić bilety na autobus do Locorotondo i bilet powrotny do Bari. Okazało się jednak, że dworzec w Alberobello jest nieczynny i jedyne miejsce gdzie można kupić bilety to znajdująca się kawałek dalej stacja benzynowa. Połączenia autobusowe do Bari są dość rzadko, dlatego żeby zdążyć jeszcze ze zwiedzaniem Locorotondo, musieliśmy się pośpieszyć. Kiedy dotarliśmy już do słynnych domków trulii, rozpoczęliśmy zwiedzanie. Kręte uliczki wiodące wzdłuż XV wiecznych domków zapierały dech w piersiach, jednak byliśmy trochę zaskoczeni ich małą ilością.
Spacerując, zupełnie przypadkiem natknęliśmy się na grupkę turystów idącą w przeciwnym do nas kierunku, a dzięki temu, że za nimi poszliśmy, trafiliśmy do głównej ulicy słynnych domków. Zrozumieliśmy wtedy, gdzie zniknęli ci wszyscy turyści, którzy wysiedli z naszego autobusu. Same w sobie trulli są naprawdę urocze i miło się wśród nich spaceruje, jednak ilość turystów i sklepików z pamiątkami jest przytłaczająca. Zanim jeszcze ruszyliśmy na przystanek autobusowy, zdążyliśmy zjeść pyszne lody lukrecjowe i focaccie z pomidorami.
Locorotondo to tak zwane “białe miasteczko na wzgórzu” rekomendowane w wielu przewodnikach osobom wracającym z Alberobello. Czytałam też o kilku dobrych restauracjach i tanich drinkach, niestety o tak wczesnej porze wszystko było jeszcze zamknięte. Do odjazdu autobusu powrotnego mieliśmy jedynie pół godziny, dlatego musieliśmy się zadowolić szybkim spacerem i miętową granitą wypitą w parku na wzgórzu. Jak już mówiłam, połączenia do Bari są bardzo rzadko, dlatego kiedy nie mogliśmy znaleźć właściwego przystanku autobusowego zaczynaliśmy coraz bardziej panikować. Kiedy tylko zobaczyliśmy w oddali odjeżdżający autokar, bez zastanowienia ruszyliśmy biegiem w jego stronę. Na szczęście kierowca był na tyle uprzejmy, że się dla nas zatrzymał i do Bari wróciliśmy o czasie. Na kolację zjedliśmy pizzę i spaghetti alla carbonara w naszym ulubionym barku Federico.
Przed nami był nasz ostatni dzień w Apulii. Jak zdecydowaliśmy kilka dni wcześniej, ostatnie chwile we Włoszech chcieliśmy spędzić plażując na naszym ulubionym klifie w Monopoli. Z samego rana spakowaliśmy do walizek niepotrzebne już nam na tym wyjeździe rzeczy i ruszyliśmy na dworzec. Nie musieliśmy się przejmować kupnem biletów, ponieważ po naszej przygodzie z pierwszego dnia, postanowiliśmy już kilka dni wcześniej kupić wszystkie potrzebne nam do końca wyjazdu bilety. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o sklep spożywczy, w którym zaopatrzyliśmy się w karton białego wina, arbuza, melona, tackę regionalnych wędlin i ciasteczka. Naszym celem był piknik z widokiem na morze. Idąc na klif postanowiliśmy przejść jeszcze raz obok Primo Pasta Bar, jednak tak jak myśleliśmy – był zamknięty. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się że z klifu można zejść jeszcze kawałek w dół i rozłożyć się na skałach tuż przy powierzchni wody. Było to idealne rozwiązanie, ponieważ nie tylko byliśmy w naszym ulubionym miejscu, gdzie poza nami była jeszcze tylko jedna para, ale i mieliśmy bezpośrednie zejście do wody. Praktycznie cały dzień spędziliśmy na plażowaniu, pikniku i karmieniu krabów kawałkami arbuza.
Wieczorem zrobiliśmy pożegnalny spacer po starej części Bari i po raz ostatni zjedliśmy makaron orecchiette i napiliśmy się piwa w Federico Bar. Kiedy powiedziałam właścicielom restauracji, że to nasz ostatni wieczór w Bari, ciepło się z nami pożegnali i poczęstowali nas domowym ciastem.
Na ostatnie śniadanie we Włoszech. ugotowaliśmy sobie w apartamencie makaron ze świeżym pesto i parmezanem. Następnie wzięliśmy walizki i ruszyliśmy w stronę dworca, aby zostawić w biurze klucz od naszego pokoju. Po drodze postanowiliśmy jeszcze wypić kawę w małej, narożnej kawiarni pod naszym apartamentem. Kawa okazała się być najlepszą kawą jaką kiedykolwiek piłam, a kosztowała jedynie 1,5 euro! Szkoda, że wcześniej nie mieliśmy czasu zajrzeć do tego miejsca. Na lotnisko dojechaliśmy godzinę przed otworzeniem odprawy, co jak się okazało nie było konieczne, ponieważ było opóźnienie i check-in został otwarty godzinę po czasie. Przez chwilę obawialiśmy się, że nasz lot również zostanie opóźniony, jednak na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem.
Nasz tydzień w Bari zaplanowaliśmy bardzo dokładnie i jak na naszą pierwszą, samodzielną, daleką podróż uważam, że dobrze się spisaliśmy. Udało nam się zobaczyć wszystko co chcieliśmy i znaleźliśmy też czas na odpoczynek. Niestety nie daliśmy rady zjeść we wszystkich poleconych nam restauracjach, ponieważ do miasta wracaliśmy zwykle późnym wieczorem, kiedy wszystkie miejsca były już zajęte. Mieliśmy jednak duże szczęście, trafiając na Bar Federico, gdzie włoska atmosfera i przepyszne jedzenie było na porządku dziennym. Po tak świetnie spędzonych wakacjach, planujemy wraz z moim chłopakiem kolejny wyjazd za granicę najprawdopodobniej na święta Bożego Narodzenia.
Mam nadzieję, że mój post przywiał Wam trochę wakacyjnych wspomnień na zimne, jesienne wieczory.
Jak już pewnie zauważyliście, blog od niedawna znajduje się pod nowym adresem. Zważywszy na zeszłoroczne okoliczności i obostrzenia związane z pandemią, od mojej ostatniej podróży minęło trochę czasu. Teraz gdy sytuacja powoli się stabilizuje, a wakacyjny klimat motywuje do działania, wreszcie postanowiłam podzielić się z Wami relacją z mojego ostatniego wyjazdu za granicę.
Odchodząc od mojej dotychczasowej tradycji jaką był coroczny wyjazd do Maroka na święta, pod koniec 2019 roku po raz pierwszy od wielu lat spędziłam sylwestrową noc w stolicy. Cisza i rozgwieżdżone niebo marokańskiej pustyni zostały zastąpione widokiem rozpalonego sztucznymi ogniami nieba, oglądanego na tle drapaczy chmur w centrum Warszawy. Tamte Święta Bożego Narodzenia również były inne niż poprzednie, bo tym razem miałam okazję spędzić je w kolejnym kraju z mojej podróżniczej check-listy.
Miejsce zderzenia się wielu kultur i religii, gdzie na ulicach można usłyszeć przeróżne języki z ust lokalnej ludności, uśmiechniętych przewodników, czy pielgrzymów przyjeżdżających z każdego zakątka świata.
Kraj, którego historia i kultura jest zgłębiana przez turystów, wiernych, uczonych, a także miłośników tamtejszej kuchni. Ziemia Święta, obiecana, opisywana już kilka tysięcy lat temu przez pierwszych Chrześcijan, gdzie każdy może znaleźć coś dla siebie, nie spędzając wcześniej całego dnia w samolocie.
Jak już pewnie każdy się domyślił, w tym poście opowiem Wam co nie co o moich odczuciach z wyjazdu do Izraela, bo kiedy przypominają mi się widoki i zapachy z tej podróży, aż ciężko jest mi nie podzielić się tym z Wami.
Samolot, którym lecieliśmy z tatą do Ejlatu wystartował z lotniska Chopina punktualnie o 6 rano 21 grudnia . Kiedy znaleźliśmy się na miejscu, odebraliśmy nasze bagaże i poszliśmy na autobus do centrum miasta. Jechało się nim bardzo przyjemnie ze względu na ciepły wiatr i piękne widoki za oknem. Z dworca mieliśmy jakieś 15 minut pieszo do miejsca, w którym mieliśmy spędzić następne dwie noce. Była to duża willa z basenem i cudownym tarasem, w której wynajęliśmy mały, dwuosobowy pokój przez Airbnb. Ponieważ nie jedliśmy jeszcze żadnego posiłku, wzięliśmy szybki prysznic i ruszyliśmy na miasto żeby spróbować pysznego falafela z okienka. Po obiedzie wykąpaliśmy się w morzu i przeszliśmy się po okolicy. Izraelski klimat był super, natomiast jeżeli mam się szczerze wypowiedzieć na temat Ejlatu, to jest to nadmorskie, turystyczne miasto pełne drogich sklepów i stoisk z pamiątkami, a wszystko mieści się na tle olbrzymich, luksusowych hoteli. Musieliśmy jednak zostać te dwa dni w mieście, ponieważ dopiero na następny dzień mieliśmy zarezerwowany samochód z wypożyczalni. Na szczęście ciepłe wieczory spędzone na dachu naszego budynku były świetną rekompensatą dla dnia spędzonego w zatłoczonym mieście. Drugiego dnia wyjazdu, odebraliśmy z lotniska nasz samochód i ruszyliśmy na pobliską rafę koralową na snorkling. Nie była to co prawda tak cudowna rafa jak ta, na której nurkowałam w Egipcie, ale zobaczenie jej było dobrym pomysłem, aby zrelaksować się w Ejlacie. Po nurkowaniu udaliśmy się na drobne zakupy na kolacje oraz śniadanie na następny dzień, ponieważ wcześnie rano mieliśmy opuścić Ejlat i ruszyć na północ. W drodze nad Morze Martwe, zatrzymaliśmy się jeszcze na zwiedzanie parku krajobrazowego Timna. Słynie on ze skalnych formacji takich jak np. grzyby z czerwonego piaskowca czy ogromne łuki. Znajdowaliśmy się w okolicy pustyni Negew, ale pomimo naprawdę wysokich temperatur malownicze widoki podziwialiśmy z wielką radością.
Cały dzień podziwialiśmy widoki zza okna, jadąc wzdłuż granicy z Jordanią, aż w końcu znaleźliśmy się na wysokości -383 m i dojechaliśmy nad Morze Martwe. Znalezienie plaży z wolnym wstępem nie było łatwe, ponieważ praktycznie całe wybrzeże Morza Martwego jest zabudowane hotelami i sanatoriami. Na szczęście plaża Ein Bokek okazała się być idealnym miejscem na pierwszą kąpiel. Bawiłam się świetnie będąc cała wysmarowana w błocie i unosząc się na powierzchni wody. Na pamiątkę tej przygody zebrałam z dna kilka solnych kulek.
Jeszcze przez jakiś czas jechaliśmy wzdłuż Morza Martwego, aż w końcu musieliśmy odbić w przeciwną stronę, aby pokonać w ciemności trasę po stromych zboczach gór. Późnym wieczorem dotarliśmy do schroniska dla podróżnych, gdzie mieliśmy spędzić noc. Z okazji Hannukah, wszyscy goście mogli wziąć udział w wieczornym rytuale zapalenia kolejnej świeczki na . Zostaliśmy poczęstowani tradycyjnymi pączkami i specjalnym alkoholem. Po wszystkim od razu poszliśmy spać, ponieważ następnego ranka musieliśmy wcześnie wstać na zwiedzanie Masady.
Masada to dawna twierdza żydowska położona na płaskim wzgórzu, z której jest świetny widok na okolicę i oczywiście na Morze Martwe. Kiedy już kupiliśmy bilet na oprowadzaną wycieczkę, mogliśmy rozpocząć wspinanie się po schodach na szczyt wzgórza. Nie było to łatwe biorąc po uwagę ilość schodów i upał…
Drodzy czytelnicy, już niedługo udostępnię kontynuację tego wpisu, w której opowiem Wam o moich wszystkich przygodach z Jerozolimy, Nazaretu i Tel Awiwu.
Standardowo długo zbierałam się do napisania tego postu, ale – jak widać – finalnie się udało! Wakacje już dawno za nami, ale pomimo tego, uśmiech nie schodzi jeszcze z mojej twarzy. Muszę wam powiedzieć, że nic nie wpływa na mój dobry nastrój tak dobrze jak muzyka, obecność drugiego człowieka czy rześki podmuch wiatru. Zatem, pewnie nikogo nie zaskoczę mówiąc, że jednymi z najbardziej magicznych dla mnie momentów są te, w których czuję ten wiatr we włosach. Między innymi dlatego właśnie, jedną z moich największych pasji jest żeglarstwo. Praktykuję ten sport już od wielu lat, a każdy etap mojego mazurskiego doświadczenia, przypieczętowuję otrzymaniem nowej licencji. Mam już patenty żeglarza jachtowego i sternika motorowodnego. Nie jest to jednak koniec mojej żeglarskiej kariery, ponieważ niedługo planuję też podejść do egzaminów na patent sternika morskiego. Natomiast w tym celu, muszę najpierw odbyć 200h jako załogant podczas żeglugi morskiej.
Wracając do tematu moich tegorocznych wakacji, to na początku lipca pracowałam jako obsługa portu na Mazurach, a ostatnie tygodnie sierpnia spędziłam w Jastarni pływając na windsurfingu. Robiłam jednak coś jeszcze. Jak z resztą w każde lato, popłynęłam w rejs żeglarski, ale tym razem troszkę różnił się on od wszystkich poprzednich rejsów. To właśnie w ubiegłe wakacje, przez tydzień, miałam okazję być członkiem załogi na moim pierwszym rejsie morskim.
Pamiętam, że jak byłam mała, ilekroć spędzałam wakacje nad polskim morzem, zawsze kiedy stojąc na plaży patrzyłam w dal na horyzont, zastanawiałam się co jest po drugiej stronie morza i gdzie właściwie się ono kończy. Na przestrzeni lat, oczywiście zdążyłam nauczyć się korzystania z mapy, jednak dopiero od niedawna, czuję, że naprawdę znam rozwiązanie tej tajemniczej zagadki.
Pod koniec lipca, zwarta i gotowa, wraz z moim nieprzemakalnym workiem żeglarskim niewielkich rozmiarów stanęłam na pokładzie jachtu morskiego, przycumowanego w porcie w Szczecinie. Miało to miejsce ciepłego, lipcowego wieczoru spędzonego w towarzystwie mojego taty, zabawnego kapitana oraz pozostałych członków załogi, w skład której wchodziło starsze małżeństwo z Londynu i trzech studentów nauk ścisłych. Po zagospodarowaniu jachtu we wszystkie niezbędne rzeczy i zaształowaniu się, zrobiliśmy krótkie zapoznanie ze sobą, aby następnie pójść spać przed wczesną pobudką. O godzinie 4 następnego ranka opuściliśmy Szczecin kierując się na północ.
Wschód słońca podziwialiśmy już podmywani ze wszystkich stron przez morskie fale. Na samym początku było to dla mnie strasznie dziwne uczucie, ponieważ jak wiemy, na Mazurach fale nie występują w takich rozmiarach i częstotliwości. Jednak po krótkim epizodzie tak zwanej choroby morskiej, nadeszła kolej na moją wachtę za sterem. Do Kopenhagi dopłynęliśmy po 24h, w porę na śniadanie. Biorąc pod uwagę, że był to mój pierwszy raz w Skandynawii, od razu chwyciłam za aparat i ruszyłam na spacer po stolicy Danii. Skoro stojąc na lądzie dalej czułam falowanie w głowie, już po kilku godzinach morskiej żeglugi, to zaczęłam się głęboko zastanawiać jak mój organizm zareaguje na cały tydzień z dala od lądu (i oczywiście zasięgu). Biorąc pod uwagę zapał naszej załogi na zwiedzanie miasta, kapitan zgodził się by zostać w porcie na całą noc. Z uwagi na upał jaki panował, po powrocie na jacht z radością wskoczyłam prosto do wody. Niesamowite jest to ,że duńskie kanały są tak czyste, że nawet w porcie pomiędzy jachtami pływa mnóstwo osób. Jest to widok, którego z pewnością nie zobaczymy w Polsce.
Kopenhaga charakteryzuję się nowoczesną i wyjątkowo estetyczną architekturą, która przyciąga turystów z całego świata. Mimo naprawdę wysokich cen – oczywiście na tle innych krajów europejskich – każdemu polecam taką wycieczkę, a sama, z pewnością niedługo pojadę do Dani na dłużej. Przez następne dni rejsu płynęliśmy na południe wzdłuż wschodniego wybrzeża Danii i północnego wybrzeża Niemiec. Cumowaliśmy w kilku duńskich portach, w których pobyt był bardzo przyjemny, ze względu na zachowaną czystość i różne nowoczesne udogodnienia.Rejs zakończyliśmy szczęśliwie w Świnoujściu.
Żegluga morska dużo się różni od pływania po Mazurach. Po pierwsze, nie udało mi się uniknąć tak zwanej choroby morskiej, która w moim przypadku objawiła się na szczęście tylko w postaci zawrotów głowy i nie najlepszego samopoczucia. Natomiast poruszając aspekt stricte żeglarski, to dla osób mało zorientowanych w temacie, zasadnicza różnica pomiędzy żeglowaniem po otwartym zbiorniku wodnym a np. po niewielkich jeziorach mazurskich, to o ile na Mazurach należy się halsować, czyli płynąć zygzakiem pod wiatr – przez co należy robić zwrot średnio co 10 do 30 minut – to na morzu można nawet przez kilka dni płynąć ciągle na ten sam kurs, bez robienia jakichkolwiek manewrów. Korzysta się wtedy z autopilota i nawigacji ze współrzędnymi geograficznymi.
Przez te kilka dni na wodzie, miałam okazję nie tylko zwiedzić Kopenhagę, spróbować żeglugi morskiej, ale i zobaczyć olbrzymie statki pasażerskie przycumowane w porcie, jedyne kilkadziesiąt metrów od mojej jednostki. Mogłam też podziwiać liczne wschody i zachody Słońca. Oczywiście warto wspomnieć również o pięknie rozgwieżdżonego nieba, porównywalnego do tego, obserwowanego będąc w samym środku marokańskiej Sahary.
Na tym wyjeździe zdobyłam bardzo istotne doświadczenie żeglarskie, wypływałam połowę godzin potrzebnych mi do uzyskania patentu sternika morskiego oraz przede wszystkim świetnie się bawiłam. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć z tego wyjazdu, a po więcej, zapraszam na mojego Instagrama.
Klasyfikacja roczna zaliczona! Teoretycznie mogę już nazywać się absolwentką gimnazjum. Jeszcze wczoraj, cały wieczór spędziłam tańcząc na moim balu gimnazjalnym, a dziś od rana się pakuję, ponieważ jutro z samego rana wyjeżdżam razem z klasą na wycieczkę objazdową po Białorusi i Litwie. Dziś jednak, przychodzę do was z czymś zupełnie innym. W tym poście, chciałabym opowiedzieć Wam trochę o mojej ostatniej podróży. Jesteście ciekawi, w które miejsce na świecie trafiłam tym razem? No to do dzieła!
Tuż po moich egzaminach gimnazjalnych, wyjechałam razem z tatą na tydzień do Egiptu, w celu zdobycia nurkowej licencji Open Water Diver. Była to moje pierwsze w życiu, bezpośrednie spotkanie z rafą koralową. Co prawda, w samej miejscowości Dhahab już kiedyś byłam, ale nie mogę nic o niej opowiedzieć, ponieważ było to 15 lat temu i byłam bardzo malutka.
Ze względu na dobrą cenę, mieszkaliśmy kawałek pod miastem, w domku letniskowym na terenie wielkiego kurortu wypoczynkowego, gdzie znajdowały się kompleks basenowy, spore boisko, a obsługa ośrodka codziennie zapewniała gościom zastrzyk aktywności takich jak aqua-aerobik, zawody w darts, mecz siatkówki i wiele wiele innych. Niestety będąc pochłonięta moim kursem nurkowania, nie miałam czasu na spróbowanie tych wszystkich aktywności. W zamian, codziennie rano lub po skończeniu lekcji nurkowania, mogłam udać się na plaże w celu uprawiania snorklingu (nurkowania z maską i rurką – bez butli) na pięknej rafie przy samym brzegu naszego ośrodku. Zdjęcia zamieszczone poniżej, zupełnie nie odzwierciedlają piękna, bogactwa, ani nawet kolorów tej rafy. Pogoda dopisywała nam przez cały wyjazd, ponieważ nie było prawie w ogóle fal, temperatura powietrza wynosiła około 35 stopni, a woda była przyjemnie chłodna. Kurs nurkowy PADI, odbywa się w bardzo przyjaznej atmosferze, a sam egzamin nie jest szczególnie skomplikowany. Jako pływaczka, świetnie się czuję w wodzie i – jak się okazało – również pod jej powierzchnią. Podczas nurkowania miałam okazję przyglądać się wielu różnym gatunkom ryb i wielokolorowych koralowców. Sama rafa jest zjawiskiem zapierającym dech w piersiach i nie jest to coś co można dokładnie opisać. Jestem pewna, że w przyszłości dalej będę rozwijać się jako nurek, postaram się też zdobyć licencję uprawniającą do nurkowania na jeszcze głębszych akwenach, a może i nawet wezmę udział w nocnej eksploracji rafy.
Witajcie! Niestety już dawno nic nie pisałam, ale nie ma tego złego, bo dziś przychodzę do Was z czymś zupełnie nowym. Ewidentnie zbliża się do nas wiosna – i to całkiem sporymi krokami, bo jak na środek lutego to wczorajsze 18 stopni jest czymś wyjątkowym – dlatego opowiem Wam dziś jak ja lubię spędzać swój czas wolny na powietrzu i ile ciekawych miejsc można znaleźć w “młodzieżowej stolicy”.
COŚ DLA OCHŁODY
Sprawa wygląda następująco. Ostatnio zaczęłam jeść naprawdę dużo lodów! Często są to zwykłe lody na patyku ze sklepu spożywczego, ale największą przyjemność sprawiają mi lody naturalne sprzedawane na porcje. W warszawie mam kilka swoich ulubionych lodziarni i sama też w jednej pracuję. Najciekawsze smaki z jakimi się ostatnio spotkałam, to np. bazylia z cytryną, hibiskus, mojito czy czarny sezam. Jeżeli na dworze jest ładna pogoda i znajdę trochę czasu, to lubię też wpaść na ulicę Chmielną, na bubble tea. Muszę się przyznać, że od zawsze zamawiam tę samą herbatę o smaku mango, z kulkami mango z podwójną porcją tapioki. Czasem zdarza mi się też zajrzeć do Starbucksa, Green Caffe Nero lub do Warszawskiego Lukru – kawiarni o wnętrzu zaprojektowanym idealnie do robienia sobie “instagramowych” zdjęć, oferującej oryginalnie podane, ekstremalnie słodkie shake’i.
PO PROSTU SPACER
Jeżeli jednak, brakuje mi czasu na włóczenie się po mieście, to ograniczam się do spaceru, bądź biegania w jednym z pobliskich parków. Wtedy też często poszukuję ciekawych kadrów, które uwieczniam dzięki fotografii cyfrowej bądź analogowej. Następnie udaję się do zaprzyjaźnionej ciemni i wywołuję zapełnione przeze mnie klisze. Głęboko wierzę, że każde miejsce ma w sobie coś wyjątkowego, i że w każdym miejscu może powstać jakieś dzieło. W moim wypadku, zazwyczaj jest to masa zdjęć lub tekst nowej piosenki. Uwielbiam przebywać poza domem, dlatego właśnie w plenerze powstaje większość moich utworów. Po egzaminach -kiedy będę miała trochę więcej czasu – mam zamiar wynająć na kilka godzin jakieś małe studio nagraniowe, aby profesjonalnie udokumentować moje autorskie piosenki.
DZIAŁKA I JEZIORKO
Rodzinne ogródki działkowe w centrum miasta, za pewne dla wielu stanowią wybawienie w upalne dni. Wśród kwiatów, owoców i innych roślin, bardzo łatwo jest mi się skupić na nauce lub po prostu odpocząć. Pielenie lub sadzenie kwiatów działa na mnie bardzo regenerująco, zwłaszcza, jeżeli następnego dnia mam jakiś sprawdzian. Często spędzam również czas na pobliskiej do działki plaży, min. kąpiąc się w Jeziorku Czerniakowskim.
MUZEA I GALERIE
Bardzo lubię chodzić do muzeów – a jeszcze częściej do galerii. Najbardziej interesują mnie sztuka współczesna, fotografia, a także sztuka użytkowa. Moją ulubioną galerią w Warszawie jest Zachęta. W niej zawsze jest kilka wystaw na raz, dzięki czemu każdy znajdzie coś dla siebie. Co jakiś czas jakaś dobra wystawa, pojawia się również w Zamku Ujazdowskim. Kolejnym muzeum, które skradło moje serce jest praskie Muzeum Neonów. Bardzo podoba mi koncepcja, w której każdy z eksponowanych neonów ma swoją historię. Niestety miejsce to ma jeden minus. Dostępna jest w nim tylko wystawa stała, dlatego moim zdaniem nie ma sensu jego częste odwiedzanie.
ROWEREM PO WARSZAWIE
Ogromną przyjemność sprawia mi także jazda rowerem po mieście. Głównie po śródmieściu, nowym świecie i podzamczu, gdzie miło jest się zatrzymać przy fontannach, zjeść lody i poczytać książkę. Dla osób chcących trochę uciec od codziennego, miejskiego życia, fajną alternatywą jest ścieżka zdrowia wzdłuż praskiego brzegu Wisły, ścieżka rowerowa wzdłuż ulicy Czerniakowskiej prowadząca nad Jeziorko Czerniakowskie lub przejażdżka wałem Zawadowskim w stronę Zawadów, Wilanowa i tamtejszych plaż.
NAD WODĄ
Nie możliwe by było, gdybym zapomniała o przyjemności jaką daje mi wiatr we włosach podczas pływania motorówką po Wiśle w upalne dni. Jest kilka opcji. Dla leniwych – pływanie wzdłuż miejskich bulwarów. Aby odpocząć – wyprawa w górę rzeki, grill na mieliźnie i kąpiele w wodzie. I wreszcie wersja dla aktywnych – całodniowy spływ kajakiem, Wisłą z Góry Kalwarii z metą w Warszawie pod Mostem Poniatowskiego. Jeżeli jednak rozwiane we wszystkie strony włosy kogoś nie przekonują, to można też miło spędzić czas siedząc sobie ze znajomymi na nadwiślańskich bulwarach lub schodkach. Można również poopalać się na publicznej plaży, nad wspomnianym wcześniej Jeziorkiem Czerniakowskim lub pojechać trochę dalej – pod Warszawę – nad Zalew Zegrzyński i tam, spędzić aktywnie czas, uprawiając wszelakie sporty wodne.
KINO
Muszę jeszcze wspomnieć o ostatnio obejrzanych przeze mnie filmach. O oczywiście niesamowitym “Bohemian Rhapsody”, ale i o filmie zatytułowanym “Narodzinach Gwiazdy”, w którym zagrała Lady Gaga. Co prawda na co dzień nie słucham jej muzyki, ale co jak co, piosenki z tego filmu wpadają w ucho, a Gaga zagrała na miarę Oscara. Była już mowa o komercyjnych filmach mających największy rozgłos. Natomiast osobiście, nie mam w zwyczaju chodzić do kin należących do wielkich sieci, lecz do małych, studyjnych sal widowiskowych. Szczerze mówiąc, to właśnie w domach kultury, miałam możliwość obejrzeć moje ulubione produkcje takie jak “3 billboardy za Ebbing, Missouri”, “Czarne Bractwo vs KKK”, “Florida project” oraz “Kedi”, które po za świetnymi ujęciami, cechują się również głębokim przesłaniem do widza.
Na dziś to wszystko, a jeżeli wy też macie jakieś oryginalne pomysły na aktywne spędzanie czasu w stolicy, to śmiało dawajcie znać!
Zatem tak jak obiecałam tydzień temu, od teraz postanawiam pisać częściej. Generalnie wczoraj w nocy wróciłam z wyjazdu majówkowego, którego wkrótce opiszę w jednym z planowanych postów. Dziś postanowiłam po latach zrobić Q&A z przypadkowymi pytaniami, aby bardziej przybliżyć Wam moją osobą i zmiany jakie we mnie nastąpiły.
1. Rzecz, bez której nie możesz wyjść z domu ?
– Oczywiście aparat fotograficzny. Nie ważne czy w telefonie czy jako osobny sprzęt, ale zawsze muszę mieć możliwość robienia zdjęć. Jeżeli widzę coś dla mnie niesamowitego, a nie mogę tego uwiecznić odczuwam dyskomfort i jestem najzwyczajniej wściekła.
2. Ulubiony sklep z ciuchami ?
– Staram się nie ograniczać. Korzystam ze znanych sieciówek, a rzadziej też z lumpexów – z powodu braku czasu. Często też wybieram ubrania z sekcji męskiej.
3. Czy lubisz pływać ?
– Uwielbiam. Można powiedzieć, że w wodzie, czuję się “jak ryba w wodzie”.
4. Masz jakieś fobie ?
– Generalnie to nie, ale w dziwny sposób fascynują mnie różnego rodzaju konstrukcje budowlane. Jakby to powiedzieć… np. płynąc Wisłą co jakiś czas znajduje się maszyna pogłębiająca szlak. Albo oczyszczalnia wody taka jak warszawska Gruba Kaśka. Fascynuje mnie jej konstrukcja, ale jak sobie wyobrażam, że wpadam do wody, do tych podwodnych, niewidocznych na powierzchni mechanizmów to ogarnia mnie przerażenie.
5. Pijesz kawę ?
– Codziennie po przebudzeniu, a ostatnio nawet częściej. Szczególnie lubię cappuccino lub kawę mrożoną.
6. Co robiłaś o 24:00 ?
– Wczoraj, dokładnie o tej godzinie wróciłam do domu z wyjazdu.
7. Czy w odległości 3 metrów od Ciebie jest coś różowego ?
– Tak. Niestety nie tylko jedna rzecz.
8. Często piszesz SMSy ?
– Tak, ale tylko w sprawach oficjalnych. Częściej korzystam z Messengera.
9. Czytasz książki ?
– Przyznam się szczerze że już dawno nic ambitnego nie przeczytałam, ponieważ starałam się poprawić oceny końcowe.
10. Masz duży pokój ?
– Mam idealny dla mnie pokój. Trudno powiedzieć czy wolałabym większy czy mniejszy.
11. Kiedy masz urodziny ?
– 19 lutego obchodzić będę moje 16 urodziny.
12. Jakich piosenek słuchasz ?
– WSZYSTKIEGO. Od jazzu, przez bollywood po rocka i heavy metal. Nie przepadam tylko za typową muzyką klasyczną i polskimi utworami.Ale na mojej playliście znajdą się utwory z naprawdę różnych gatunków.
13. O której chodzisz spać ?
– Różnie, ale między 23, a 2.
14. Malujesz paznokcie ?
– W wkndy maluję sobie paznokcie na różne kolory, ale do szkoły tylko odżywką.
15. Twoje największe marzenie ?
– Nagrać swoją własną płytę i odwiedzić każdy kontynent, a nawet i kraj.
16. Co lubisz robić ?
– Fotografować, żeglować, biegać, uprawiać fitness, słuchać muzyki, śpiewać, pisać piosenki i podróżować, wychodzić ze znajomymi…
17. Jesteś leniem ?
– Raczej nie.
18. Czego się boisz ?
– (patrz punkt 4)
19. Umiesz śpiewać ?
– I właśnie to chyba jest coś, co wychodzi mi najlepiej.
20. Zjadłabyś cytrynę ?
– Oczywiście! Bardzo lubię.
21. Facebook vs Twitter ?
– Instagram!
22. Trzy ulubione strony internetowe ?
– Instagram, Facebook i Youtube.
23. Ulubiona piosenka ?
– Mam tylko ulubione gatunki (patrz punkt 12).
24. Dużo śpisz ?
– Najdłużej w życiu do godziny 12 – tylko kiedy jestem chora lub wracam z jakiegoś wyjazdu. Generalnie śpię 6-10 godzin.
25. Oglądasz mecze ? Jakie ?
– Do tej pory zainteresowało mnie tylko UEFA EURO 2012 i oglądałam tylko i wyłącznie rozgrywki Holandii.
26. Ulubiony sportowiec ?
– Brak.
27. Masz jakieś hobby ?
– Pisanie bloga, robienie zdjęć, żeglarstwo, pływanie….. (po więcej patrz punkt 16).
28. Jesteś lubiany w swojej klasie ?
– Bywają różne dni, ale raczej jestem duszą towarzystwa.
29. Masz Skypa ?
– Mam i korzystałam z niego parę lat temu. Obecnie tylko z Messengera.
30. Co lubisz pić?
– Herbatę czarną, cappuccino, mango lassi, czasem trochę pepsi czy oranżady, ale najbardziej wodę z cytryną i lodem!
31. Ulubiony owoc ?
-BORÓWKA AMERYKAŃSKA. I inne owoce leśne oraz nashi (azjatyckie jabłko-gruszka)
32. Czego nie lubisz w ludziach ?
– Dwulicowości, oszustwa, niezdrowej rywalizacji…
33. Zbierasz coś ? -Posiadam dość sporą kolekcję pocztówek.
34. Ilu masz znajomych na Facebook`u ?
– Nie więcej niż 200 – nie tylko nie dodaję osób których nie znam, ale i osób, z którymi nie mam kontaktu.
35. Lubisz jak robi Ci się zdjęcia ?
– Nie wiem czy lubię, ale na pewno lubię potem mieć pamiątki z różnych sytuacji.
36. Masz jakieś przezwisko/ksywę ?
– CLARA i to dosłownie – moje imię jest często czytane fonetycznie przez C.
37. Masz rodzeństwo ?
– Nie, jestem jedynaczką – chyba, że pies się liczy.
38. Lubisz chodzić do szkoły ?
– Sądzę, że tak. Może i teraz jestem już zmęczona, ale w wakacje na ogół nie mogę się doczekać rozpoczęcia roku.
39. Malujesz się ?
– Czasami, ale tylko oczy i usta – bez podkładu – generalnie staram się malować tylko na ważne okazje, aby nie niszczyć cery. Za odpowiedź można przyjąć “nie”.
40. Rozpuszczone czy spięte włosy ?
– Rozpuszczone , chyba że jest gorąco , to wiążę je w koka lub kucyka. Chciałabym też robić sobie jakieś inne fryzury, ale albo nie umiem się nigdy ich nauczyć albo mam za krótkie włosy.
41. Kolor ścian w pokoju ?
– Biały.
42. Co najczęściej oglądasz na yt ?
– Totalnie nic. Tylko puszczam muzykę.
43. Jesteś wolna ?
– Nie, wydaje mi się, że jestem całkiem szybka.
44. Jakie masz teraz włączone strony ?
– Blogger.
45.Jaki jest ostatni SMS wysłany przez Ciebie?
– “OK”
46.Jakie jest twoje ostatnie połączenie ?
– Tata
47. Jaki kolor masz koszulki na sobie ?
– Biała koszulka polo od mundurka.
48. Co robiłaś wczoraj o tej godzinie ?
– Kończyłam lekcje – tak jak z resztą za 10 minut.
49. Najgorszy przedmiot w szkole ?
– Chemia!
50. Ile w dzień pracy zajmuje Ci się wyszykowanie ?
– 15-30 minut.
To już wszystko na dziś. Mam nadzieję, że dzięki tym pytaniom poznaliście mnie trochę lepiej!
Nie wiem jak wy, ale ja się wreszcie obudziłam…. obudziłam się z zimowego snu!
Już pierwszego dnia, gdy uderzyła fala wakacyjnego powietrza, wyskoczyłam ze szkoły jak strzała. Moim głównym celem było spędzenie całego popołudnia na siedzeniu w parku jedząc lody i robiąc zdjęcia. To właśnie w takich sytuacjach najczęściej dostaję napadu euforii, a co więcej, jakby energetycznego zastrzyku. A w ogóle nie wiem czy wspominałam, ale w związku z tym, że chodzę do szkoły z internatem, to na zewnątrz mogę przebywać tylko do kolacji. Nie jest to długo, zwłaszcza jeżeli późno kończę lekcje, dlatego mam kilka sprawdzonych sposobów, na dobre zagospodarowanie tego czasu. Kilka z nich przedstawie wam w tym poście.
Po pierwsze, już od tygodnia zbieram nowe doświadczenia pływając po Wiśle motorówką Delfin, która przypłynęła do nas razem z wiosną. Oprócz tego, zrezygnowałam z podróżowania po Warszawie autobusami i przerzuciłam się na rower. Często jeżdżę nim nad Jeziorko Czerniakowskie, aby się przepłynąć. Oczywiście nie przestałam też chodzić treningi pływackie, z kolei na fitness i język włoski, zapiszę się dopiero w nowym roku szkolnym. Swoją drogą, może niedługo napiszę jakiś post na temat moich zainteresowań z dzieciństwa, ponieważ – co ciekawe – oprócz tańca, który dziś jest dla mnie największą zmorą, to pojawiła się również w moim życiu wieloletnia nauka gry na fortepianie. Co prawda nie zostało po niej ani śladu, ale za to niezłomnie próbuję nauczyć się gry na gitarze. Ponieważ rozpoczęła się już wiosna, to udało mi się zrobić mały porządek w ogródku, a niedługo też odświeżę mój pokój.
To już chyba wszystko jeżeli chodzi o moje aktualne zajęcia. Chciałabym jeszcze opowiedzieć wam o moich planach na wakacje, których z pewnością wszyscy nie możemy się doczekać. Już za kilka dni, jadę na wycieczkę objazdową na Węgry, do Słowenii oraz Chorwacji, a czerwcu wyjeżdżam na tydzień do Rzymu. Potem będę jeszcze trzy razy na mazurach. Na obozie fotoreporterskim, obozie rowerowym i oczywiście na rejsie żeglarskim.
Marhaba! Jak widzicie, przywitałam was dziś po arabsku, ponieważ w dzisiejszym poście chcę opowiedzieć wam trochę dokładniej moje wrażenia z kraju północnej Afryki. Oczywiście pisałam już wcześniej o Maroku, kiedy byłam w nim po raz pierwszy, ale teraz, jako kilka lat starsza osoba, będąc w tych samych miejscach, dostrzegłam rzeczy, na które nie zwracałam wcześniej uwagi. Byłam też w wielu nowych miejscach, dlatego ten post z pewnością lepiej odda klimat tego niesamowitego miejsca. Jak pisałam kiedyś, moim największym marzeniem jest zwiedzenie wszystkich kontynentów minimum raz, a jeszcze lepiej – wszystkich krajów. Choć na razie zdobyłam tylko fragment Afryki i Azji (nie licząc Europy), to i tak z chęcią wracam po latach do tych samych miejsc, aby “uaktualnić moje wspomnienia”. Za chwilę przejdę do sedna, ale jeszcze jedna rzecz. Jeżeli jesteście ciekawi Maroka i np. tego jaka jest tam obowiązująca waluta, w jakich językach się mówi czy też jakie jest tamtejsze jedzenie, to wszystkie te informacje znajdziecie w moim poście z wyjazdu z przed dwóch lat.
Podróż samolotem zleciała bardzo szybko. Wylądowaliśmy z tatą w Agadirze dnia 20 grudnia, dość wczesnym wieczorem. Tym razem postanowiliśmy inaczej zagospodarować nasze dwa tygodnie niż ostatnio. Zanim udaliśmy się nad morze, do znanej już nam Essaouiry, zaplanowaliśmy wypożyczenie samochodu i tygodniową przejażdżkę po górach Atlas. Po długim oczekiwaniu w wypożyczalni na lotnisku, zdobyliśmy wreszcie srebrnego Hyundaya. Jedyny jego minus był taki, że nasze bagaże były większe od bagażnika. Kiedy już jakimś cudem zapakowaliśmy się do samochodu, rozpoczęliśmy naszą podróż.
Dotarliśmy do Hotelu Ibis Budget. Mieliśmy zamiar spędzić tam jedną noc, a rano wyruszyć dalej w kierunku gór. Pokój był dla nas mega niespodzianką. Czegoś takiego się nie spodziewałam. Był on praktycznie wielkości naszego samochodu. I nie wyolbrzymiam! To było naprawdę śmieszne. W pokoju, moje łóżko było nad łóżkiem taty, a kiedy schodziłam z drabinki mogłam dosłownie nadziać się na umywalkę. Jednak prawdziwa przygoda miała miejsce wtedy, gdy ktoś chciał z tego pokoju wyjść. Wtedy pozostali jego lokatorzy powinni najlepiej schować się pod łóżka, aby nie blokować mu drogi.
Następnego dnia, zanim wyjechaliśmy w dalszą drogę, zatrzymaliśmy się, aby przejść się chwilę po plaży. Po drodze, zahaczyliśmy także o kilka innych miasteczek, aby zaopatrzyć się w jedzenie na drogę oraz wymienić resztę pieniędzy. Po kilku godzinach, w końcu dojechaliśmy na plażę Legzira. Woda była lodowata, dlatego zamoczyłam jedynie stopy. Spacerując wzdłuż brzegu, podziwiałam piękny krajobraz dookoła mnie. Mokre kamienie leżące na piasku, w słońcu przybierały przyjemną dla oczu fioletowo-niebieską barwę. Również widok skalnego łuku był niesamowity.
Kiedy zakończyliśmy nasz spacer, udaliśmy się do jednej z restauracji z widokiem na ocean, aby spróbować olbrzymiej porcji Octopus Tajine. Był on przepyszny, ale mimo wszystko, w porównaniu do mojego taty, ja wolę wersję z kurczakiem bądź jagnięciną. Po kolacji wróciliśmy do samochodu by wyruszyć dalej w stronę surferskiego miasteczka Sidi Ifni. Widoki po drodze również były zapierające dech w piersiach. Droga którą jechaliśmy ciągnęła się przez jeden wielki “step” wzbogacony licznymi palmami i kaktusami. Czułam się jakbyśmy w promieniu kilku kilometrów, byli jedyną oznaką cywilizacji.
W Sidi Ifni trochę ciężko było znaleźć o tej porze roku jakiś nocleg. Riadów tam raczej nie było, a szukaliśmy czegoś w miarę rozsądnej cenie. W końcu, spotkaliśmy pewną Marokankę, która poleciła nam czynny dorm dla surferów. Mimo, że nie było sezonu, właściciel i tak zgodził się abyśmy się u niego zatrzymali. Marokańczycy są naprawdę przemili. W Polsce nigdy nie spotkałam tylu uśmiechniętych i chętnych do pomocy ludzi. Samo miasto było praktycznie puste, ale za to jego architektura była godna podziwu. Ponieważ ta część Maroka, była kolonią hiszpańską, Sidi Ifni wyróżnia się połączeniem stylu marokańskiego i europejskiego art deco.
Mimo tego, że różnica czasowa między Polską, a Marokiem wynosi tylko godzinę do tyłu, to i tak mieliśmy problem z lekkim jet lagiem. Sądzę, że tak naprawdę wynikało to po prostu ze zmęczenia po długiej i trochę stresującej podróży. Ponieważ potrzebowaliśmy zastrzyku energii, tej nocy spaliśmy aż 11h, a następnego ranka wspólnie zdecydowaliśmy, że w Sidi Ifni zostaniemy jeszcze jedną dobę. Jak się okazało po wyjściu na ulicę, to tak naprawdę i tak nie mieliśmy wyboru. Tego ranka czekała na nas przykra niespodzianka. Mianowicie w tym jakże cichym, spokojnym miasteczku – jak nam się zdawało – ktoś wybił szybę w naszym malutkim Hyundaiu. Nie wiadomo w jakim celu, ponieważ nic w nim nie zostawiliśmy, a dookoła stało wiele innych, znacznie atrakcyjniejszych samochodów. Jedno natomiast było pewne. Ktoś kto to zrobił, zrobił to za pomocą wielkiego kamienia, który znaleźliśmy wtedy na fotelu kierowcy. Tak oto nasz trzeci dzień wyjazdu spędziliśmy w towarzystwie wyjątkowo przyjaznej, marokańskiej policji.
Wieczorem, koło godziny 18, przyjechali do nas poinformowani o wszystkim Panowie z wypożyczalni Budget, aby wymienić nasz uszkodzony samochód na inny. Słyszeliście o zjawisku takim jak kabała? Jest to wiara, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a coś złego zawsze musi mieć w konsekwencji coś dobrego. Zatem zgadnijcie co się stało! Nasz malutki Hyundai, został zastąpiony Dacią Logan! Jeżeli nie znacie tego modelu, to powiem wam tylko, że wszystkie bagaże spokojnie zmieściły się w bagażniku, a nie obok mnie i pod moimi nogami.
Szczęśliwi, dojechaliśmy naszym nowym wehikułem do granicy Anty Atlasu. Temperatura powietrza sięgała 0 stopni. Za oknami były tylko góry i kaktusy, a gdzie nie gdzie palmowe oazy. Z racji na suchą porę, wszystkie przydrożne rzeki były wyschnięte, a podobno ostatnim razem płynęły kilkanaście lat temu! Widoki tego pustkowia sprawiały, że czułam się jak na księżycu. Ponieważ bardzo chcieliśmy odpocząć, to zatrzymaliśmy się w pierwszej po drodze oazie o nazwie Afella Ighir, a dokładniej mówiąc – w miasteczku Tiouado. Szukając restauracji, poznałam swojego rówieśnika – Mahdiego, z którym do tej pory utrzymuję kontakt. Zaprowadził nas on na swoje podwórko, gdzie z całą jego rodziną wypiliśmy herbatę.
Pierwsze co zrobiliśmy, po dotarciu do Tafraout to oczywiście ponowne wypicie herbaty i – ponieważ byliśmy bardzo głodni – spróbowanie tradycyjnych pączków z głębokiego tłuszczu. Coś pysznego! Jak się również domyślacie, przez to, że miasteczko Tafraout było położone wysoko w górach Atlas, to nie należało do najcieplejszych i taka gorąca herbata była naprawdę cudowna. Zmęczeni doczłapaliśmy się w końcu do jakiegoś hostelu, w którym z mojego pokoju miałam widok prosto na oazę.
Jedynym minusem tego miejsca było to, że mimo posiadania własnego cieplutkiego śpiwora, wielu koców, które dostałam od gospodarzy i elektrycznego grzejnika – nadal było mi w nocy potwornie zimno. Na szczęście atmosfera się trochę ociepliła, bo wcześniej, szukając noclegu natknęliśmy się na wychodzącego ze swojego pokoju, znajomego taty z Warszawy, z którym wieczorem poszliśmy z nim na kolację.
Następnego ranka po śniadaniu, udaliśmy się do hammamu. Jeżeli nie wyjaśniłam wam tego poprzednim razem, to hammam, jest to po prostu publiczna łazienka, a inaczej łaźnia do której przychodzą się umyć Marokańczycy (i ogólnie mieszkańcy krajów arabskich). Są to duże pomieszczenia, ze ścianami pokrytymi kafelkami i kilkoma kranami z naprawdę gorącą wodą. Do środka wchodzi się nago, z własnym lub wypożyczonym wiaderkiem, czarnym mydłem i skrobką (kawałkiem bardzo szorstkiej tkaniny) Siadamy na podłodze i trzemy się dopóki nie zejdzie z nas cały brud. Z pewnością każdy dostrzeże ten moment, bo wtedy mimo mocnego szorowania, przestaną schodzić już z niego czarne fałdy skóry i brudu. Jedyną wadą hammamu jest dla mnie to, że w środku jest naprawdę bardzo wysoka temperatura i wilgotność porównywalna do sauny parowej. Ważną rzeczą jest zabranie ze sobą do hammamu butelki wody, a kiedy jesteśmy już gotowi, możemy na spokojnie zaczynać szorowanie i ploteczki z koleżankami. Po godzinie spędzonej w łaźni, jak nowo narodzeni, ruszyliśmy dalej w drogę. Po jakimś czasie drogi zrobiło się zupełnie ciemno, a góry Atlas, przekształciły się w Saharę z rozgwieżdżonym niebem. Wyszliśmy na chwilę z auta, aby przyjrzeć się temu niesamowitemu widokowi, a ponieważ był to dzień Wigilii, złożyliśmy też sobie nawzajem życzenia. Późno w nocy, dojechaliśmy do Zagory, gdzie chcieliśmy zorganizować sobie noc na pustyni na następny dzień. Pojechaliśmy do biura Sahara Relax, które znaleźliśmy przez pomyłkę, szukając noclegu. Podczas załatwiania formalności, zakolegowałam się też z córką właściciela o imieniu Ahlam. Również moją rówieśniczkę. W tym krótkim czasie, kiedy decydowaliśmy o przebiegu następnej nocy, Ahlam nauczyła mnie przedstawiania się po arabsku. Mi ismuk znaczy – jak się nazywasz? Natomiast Ismi Clara to odpowiedź. Szybko ustaliliśmy, że nazajutrz dojedziemy samochodem na skraj pustyni, aby przejechać się na wielbłądzie, a potem udać się na sam środek Sahary do obozu noclegowego. Trzymaliśmy planu. Wstaliśmy wczesnym rankiem i pojechaliśmy na umówionemiejsce.
Pierwsza moja przejażdżka dromaderem miała miejsce dwa lata temu na plaży w Essaouirze. Ta natomiast, odbyła się na środku najprawdziwszej Sahary! Dromader miał na imię Mamadou i jestem pewna, że się zaprzyjaźniliśmy. Jego garb był niezmiernie wygodny. Mogłabym siedzieć na nim wieczność, niestety musiała mi wystarczyć tylko jedna godzina, żebyśmy zdążyli przed zachodem dojechać do naszego obozu.
Tak jak wspomniałam wcześniej, w Maroku nie było wtedy sezonu dla turystów, dlatego pustynny obóz składający się z 10 namiotów był tak naprawdę cały dla nas. Namioty od środka były ozdobione tysiącami wzorzystych poduszek i tkanin. My oczywiście wybraliśmy ten najbardziej berberski. Szybko zostawiliśmy w nim nasze rzeczy, bo w namiocie rozrywkowym czekał już na nas tata Ahlam, w towarzystwie pewnego Berbera. Razem przygotowali dla wszystkich pyszny tajine i bissarę – zupę krem z zielonego groszku na kolację. Potem rozpalili ogromne ognisko, przy którym wszyscy razem, przez resztę wieczoru rozkoszowaliśmy się gorącą herbatą i orzeszkami. Gospodarze opowiadali też wiele ciekawych historii opowiadających o życiu w berberskiej karawanie.
Dowiedziałam się też od nich dużo ciekawych rzeczy o kulturze Maroka, których nie znalazłam w przewodnikach. Na przykład to, że owszem, kiedyś tajine przygotowywało się w naczyniu tajine, ale już od wielu lat robi się to tak naprawdę w normalnym garnku, a do tajina przekłada się potrawę tylko by podać ją ładnie do stołu. Całe szczęście w naszym domu, tajine dalej jest przygotowywany tradycyjnie. Łazienka w obozie była zaskakująco dobrze przemyślana. W słomianej chatce z toaletą, był nawet kran umożliwiający wzięcie prysznica. Niebo nocą na pustyni jest niezapomnianym widokiem, a już na pewno najfajniejszym, jaki można zobaczyć przed snem. Rankiem drugiego dnia świąt, po wejściu do namiotu jadalnianego zastaliśmy poduszki całe pokryte szronem. Na szczęście przed snem, ubrałam się tak ciepło, że tym razem, nie poczułam w nocy mrozu. Noc na pustyni była niezapomnianym przeżyciem. Po śniadaniu podziękowaliśmy gospodarzom i ruszyliśmy w stronę “miasta szafranu”. Plan był taki, aby wejść na jego plantację, jednak okazało się, że uwaga, uwaga… to nie jest sezon na zbieranie kwiatków. Czas na produkcję szafranu ma miejsce w listopadzie, więc spóźniliśmy się miesiąc. Przynajmniej dowiedziałam się, że ta jakże cenna przyprawa (nawet kurkuma nazywana jest szafranem dla ubogich), są to po prostu zmielone pręciki krokusów. Na ostatnią, świąteczną kolację zjedliśmy tajine z ryżem i sałatką. Oczywiście wszystko przyprawione szafranem! W restauracji spotkaliśmy także Polaków, którzy lecieli z nami samolotem. Dowiedzieliśmy się od nich, że też wypożyczyli Dacię Logan i razem doszliśmy do bardzo ciekawego wniosku, że oba samochody mają znacznie oszukane liczniki paliwa.
Następnego dnia trafiliśmy do kolejnego miasteczka na naszej drodze – Taroudant, które nazywane jest według przewodnika Lonely Planet mini Marrakeshem. Zgadzam się z nazwą w 100%. Na miejscu przeprawialiśmy się przez jeden, gigantyczny souk. Jeżeli chodzi o temperaturę powietrza, to zjechaliśmy już na tyle nisko, że t-shirt w zupełności wystarczał. Następnego dnia mieliśmy odwieźć samochód z powrotem do Agadiru, bo o 14 mieliśmy autobus CTM (poprzednim razem jechaliśmy z przewoźnikiem Supra), więc po drodze zahaczyliśmy jeszcze o myjnię. Tak zakończyły się nasze przygody w nieznanych nam dotąd górach Atlas. Następnego wieczoru byliśmy już w ukochanej, nadmorskiej Essaouirze. Na kolację poszliśmy do naszego Pana Ślimaka. Mimo dwóch lat, które minęły od naszego ostatniego posiłku na ulicy, przy wózku z wielkim garnkiem, Pan Ślimak nas rozpoznał! Zjedliśmy więc 5 porcji gotowanych ślimaków i niezliczoną liczbę dokładek jakie od niego dostaliśmy, popijając znakomitym, mocno przyprawionym pieprzem rosołem.
Aby popić tę ostrość, kupiłam sobie mini Coca Colę, której butelka była wielkości mojej dłoni! Szkoda, że u nas takich nie ma, to może rzadziej bym sobie odmawiała jej zakup. Essaouira jest dobrze znanym nam miastem, w którym wreszcie mogliśmy odpocząć. Pierwszej nocy spaliśmy bardzo długo, w ciepłym hotelu, z ciepłą wodą i sprawnym WIFI, bo za każdą z tych rzeczy się trochę stęskniliśmy. W ramach nadmorskiego odpoczynku, codziennie chodziliśmy od rana do wieczora na plażę. Woda w morzu była naprawdę zimna i byłam jedyną osobą, która kąpała się w kostiumie, a nie w piance. Wcale mi to nie przeszkadzało. Było cudownie! Wracając z plaży, znalazłam zakład pewnego krawca, którego ubrania strasznie mi się spodobały. Szczególnie model szarej sukienki i spodnie szarawary w paski. Oba ciuchy uszył dla mnie na miarę, za wytargowane wcześniej 80 zł. Za taką cenę, w sieciówce nie kupiłabym nawet jednego ciucha w tak dobrej jakości, a w dodatku szytego na miarę!
Następnego dnia, o 6 obudził nas Imam śpiewający w sąsiednim meczecie. Na obiad poszliśmy, do kolejnego zaprzyjaźnionego z nami Pana – Pana Tajina, który rozpoznał mnie niemal od razu, a kiedy wręczyliśmy mu ozdobny talerz, który przynieśliśmy specjalnie dla niego z Polski, to podarował mi w prezencie przepiękną różę. Miło jest wracać to znajomych miejsc, gdzie czuję się tak dobrze jak w domu i gdzie sama mogę włóczyć się po mieście będać przez chwilę częścią innego świata. Dlatego tak dużo czasu spędziłam spacerując po straganach i robiąc – co prawda spóźnione, ale jednak – świąteczne zakupy. Jednego wieczoru, wzięłam również udział w cooking classes, które dostałam od taty w prezencie na święta. W tym czasie co ja, na warsztaty przyszła tylko 30-letnia Paula z Londynu. Obie miałyśmy ugotować tajine jagnięcy z dodatkiem karmelizowanych śliwek oraz sałatkę z bakłażana. Kucharka wcale nie mówiła po angielsku, ale bez problemu udało mi się wywnioskować instrukcje z obserwacji. Gotowałyśmy w świetnej atmosferze, bez przerwy ze sobą rozmawiając. Nauczyłam się bardzo dużo tricków kucharskich, a mój tajine wyszedł naprawdę pyszny. Pani prowadząca warsztaty robiła także śliczne, artystyczne ciastka, którymi się z nami podzieliła na koniec zajęć. Wychodząc zadowolona z kursu, trafiłam jeszcze na sklep z fajnymi oprawkami za 50DH (5 euro), które w Warszawie przerobiłam sobie na okulary optyczne. Sylwester spędziliśmy dokładnie tak samo jak dwa lata temu, czyli rano wykąpaliśmy się w morzu, a potem zjedliśmy usmażone nam za 10 DH, kupione przez nas wcześniej na targu, świeżo złowione ryby. Co było inaczej? Tym razem, w sylwestrową noc nie czekałam do późna, tylko poszłam spać o 22, bo wiedziałam, że nigdzie nie zobaczę fajerwerków. Ciekawe jaką minę mieli turyści, którzy byli w Maroku po raz pierwszy i liczyli na jakiekolwiek świętowanie Nowego Roku.
Ostatniego dnia nad morzem, za resztę moich pieniędzy zapłaciłam za zrobienie mi henną tatuażu w kształcie mandali. Chyba jest to motyw tatuażu, który rozpatrzę na przyszłość. Potem poszliśmy na dworzec autobusowy, aby kupić bilety na Supra do Marrakeszu. Mojego ukochanego miasta. Stojąc już na dworcu w Marrakeszu i szukając najlepszego dojazdu do naszego riadu, dowiedzieliśmy się od pewnej podróżującej studentki, że dzwoniąc po taksówkę, a nie wsiadając w czekający na turystów pojazd, na pewno przyjedzie po nas pojazd wyposażony w licznik przejechanych kilometrów, więc jest duża szansa, że wtedy kierowca nie będzie mógł spróbować naciągnąć nas na droższy przejazd. Nie miała racji. Zrobiliśmy jak mówiła i tak czy siak próbowano nas oszukać. Kiedy dotarliśmy do Mediny i znaleźliśmy nasz riad zarezerwowany przez booking.com mogli się już spokojnie udać na kolację, na dobrze znane nam miasto.
Spacerując, moją uwagę przyciągnęła pewna pizzeria, w której była pizza po 10zł! Oczywiście mimo wszystko jej nie zjedliśmy, tylko poszliśmy do kolejnego, dobrze znanego nam Pana, tym razem od szaszłyków. Kupiłam jeszcze na bazarze kilka drobnych upominków dla znajomych, a dla siebie lukrecjowo-ziołową pastę oraz srebrny, metaliczny lakier do paznokci. Trzeba było szaleć, bo w końcu przed nami, był jeszcze tylko jeden, ostatni dzień w Maroku – drugi stycznia.
Wykorzystaliśmy ten dzień, na udanie się do znanego nam muzeum fotografii, z nadzieją, że poznana dwa lata temu dziewczyna o imieniu Ouafa, dalej tam pracuje. Kiedy dotarliśmy na miejsce, spytałam się Pani stojącej w recepcji, czy taka dziewczyna o takim i imieniu dalej tam pracuje. Co się okazało? Dziewczyna stojąca za ladą, to była właśnie nasza Ouafa, której nie poznałam po tak długim czasie. Pozytywnie zaskoczona naszym widokiem Marokanka, oprowadziła nas tak jak ostatnim razem, po nowej, tymczasowej wystawie, a potem podarowała mi muzealne gadżety z cudownymi, czarno-białymi zdjęciami ze stałej wystawy.
Rankiem przed wyjazdem, wyszliśmy jeszcze tylko na godzinny spacer, aby pożegnać się z Marokiem. Oczywiście naszym celem był główny plac Jamaa-el-Fna oraz jego poboczne uliczki. Wypiliśmy tam świeżo wyciśnięty sok z widokiem na zaklinane, tańczące kobry, a potem wsiedliśmy już tylko do Supra busa, który zawiózł nas prosto do Agadiru. Wieczorem byliśmy już w samolocie, który o drugiej w nocy wylądował na Lotnisku Chopina w Warszawie.
Jak tylko weszłam do domu, to od razu poszłam spać, bo już następnego ranka musiałam iść do szkoły. Musiałam iść, aby nadrobić zaległe sprawdziany, bo był to ostatni tydzień pierwszego semestru. Nauka przez te dwa tygodnie nie poszła na marne bo podczas testu miałam w pamięci cudowne widoki z północnej Afryki i wszystko udało mi się zaliczyć.
Maroko to cudowny kraj, do którego z pewnością wrócę po raz kolejny. I kolejny! Jednak zanim to zrobię, to postaram się jeszcze zwiedzić kilka nowych miejsc, a być może i kontynentów? Wszystkich was serdecznie zachęcam do odwiedzenia Maroka, ale także i mojego Instagrama, gdzie znajduje się dużo więcej zdjęć z tego, i z poprzedniego wyjazdu. Cześć!
Dlaczego przebojowa? Dziś wstałam z łóżka z samego rana, pełna energii i uraczyłam moje podniebienie miską borówek amerykańskich zasypanych po uszy otrębami i zalanych jogurtem naturalnym. Następnie pobiegłam truchtem do pobliskiego parku i skorzystałam z udogodnienia takiego jak stołeczna siłownia na świeżym powietrzu. Po 15 minutach treningu na już mocno nagrzanym od słońca sprzęcie, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i przeniosłam się do cienia, aby rozpocząć trening obwodowy.
Począwszy od rozgrzewki i zumby, poprzez kilka interwałów i tabat, w końcu przeszłam do rozciągania. Korzystając z wiedzy, że powinnam pić minimum 2,5 litra wody dziennie oraz dostarczać do organizmu około 2500 kcal napiłam się mineralizowanej Cisowianki i zagryzłam Granny Smithem – ulubionym gatunkiem jabłka. Następnie marszem udałam się na basen gdzie przepłynęłam parę kilometrów i zrobiłam parę ćwiczeń z aqua aerobiku (na który uczęszczam w roku szkolnym). Jak doszłam do takiego trybu życia? Może zacznijmy od początku, a dokładniej mówiąc – od samego zakończenia roku szkolnego.
Pierwszą klasę gimnazjum zakończyłam z zadowalającym mnie wynikiem. Po krótkim wypadzie w przyjaciółkami rozpoczęłam pakowanie się na trzy tygodniowy rejs żeglarski po mazurach. Pewnie zastanawiacie się dlaczego tak długo… mianowicie obóz ten był połączony z zaawansowanym szkoleniem i z egzaminem na patent żeglarza jachtowego. Cóż… nie będę Wam długo opowiadać o tym wyjeździe, ponieważ z różnych przyczyn nie sprawił mi on jakiejś szczególnej radości, jednak mimo wszystko osiągnęłam mój cel! Otrzymałam licencję na żeglowanie jednostką pływającą, zwaną jachtem żaglowym. Po powrocie z tego wyjazdu, odświeżyłam też wnętrze mojego pokoju i dokładnie przejrzałam wszystkie swoje rzeczy. Zrobiłam już również podstawowe zakupy na rozpoczynający się nie długo rok szkolny.
Po kilku dniach odpoczynku, min. podczas 40 kilometrowego spływu canoe Wisłą z Góry Kalwarii, aż pod most Poniatowskiego, przystąpiłam do pakowania się na kolejny wyjazd. Tym razem był to obóz fitness, który również miał miejsce na Mazurach. 5 godzin treningu dziennie, sporty wodne, wspólne żeglowanie i wieczorne atrakcje to idealne warunki by nawiązać nowe znajomości. Podczas tego wyjazdu, zdobyłam również wiedzę jak należy przeprowadzić dobry trening fitness, jak prawidłowo się odżywiać oraz jako jedyna dziewczyna przepłynęłam milę morską (1,8 km) w maratonie przez jezioro Dargin.
Wyjazd był naprawdę udany, niestety wróciłam już do domu. W przyszłym tygodniu mam zamiar ogarnąć do końca zakup wszystkich potrzebnych mi na na nadchodzący rok szkolny rzeczy. Będą to miedzy innymi sprzęt do treningów fitness, przybory szkolne i zeszyty oraz może jeszcze jakieś przydatne rzeczy do mojego pokoju w internacie, aby emanował on samą pozytywną energią niezbędną mi do nauki. Przy okazji może udam się też ze znajomymi do kina 4D, aby zobaczyć nowy horror Annabelle oraz – niestety – aby zjeść upragnione, zawijane lody tajskie i popić je herbatą bubble tea z tapioką o smaku mango. Bo zdrowie zdrowiem, ale przecież życie jest krótkie i trzeba żyć pełnią szczęścia!
Moi drodzy, to już wszystko na dziś. Zapraszam was oczywiście na moje konto na Instagramie o nazwie @claraswiatek i obiecuję, że teraz postaram się pisać dla was częściej.